Shop More Submit  Join Login
×

:iconaka-kuro-ame: More from aka-kuro-ame


Featured in Collections

Hetalia by 5Husky5

Opowiadania by AlicjaLiddel

Hetalia by Lukusta


More from deviantART



Details

Submitted on
April 17
Link
Thumb

Stats

Views
177 (1 today)
Favourites
9 (who?)
Comments
19
×
   Pozostałe godziny pracy dłużyły mu się niemiłosiernie. Gdyby jeszcze cokolwiek się działo, pewnie ten czas minąłby szybciej, ale do szesnastej siedział właściwie nic nie robiąc. Próbował pogadać z szefem, ale ten akurat się spieszył. Nie wrócił już później, więc Lovinio, wiedząc, że nikt go nie pilnuje, wyszedł kilka minut wcześniej niż powinien. Większość jego współpracowników była jeszcze na swoich miejscach, niektórzy kończyli dopiero za kilka godzin, ale oni z kolei przyszli później. Widział jednak, że nie tylko on wpadł na pomysł opuszczenia pracy wcześniej. Było to wbrew pozorom częste zjawisko i strażnicy, sprawdzający przepustki i zapisujący godzinę wyjścia, zaokrąglali te kilka minut w górę.
   Zanim Włoch poszedł do La Tomatina, wrócił do mieszkania, żeby się przebrać. Dlatego też na miejscu był chwilę przed wybiciem piątej. Sam potem nie był pewien, czy to prawda, ale wydawało mu się, że, grający właśnie Antonio, uśmiechnął się, kiedy zauważył, jak Lovinio wchodzi. Powiódł za nim wzrokiem aż do stolika w kącie i wpatrywał w to miejsce cały czas, przez co mogłoby się wydawać, że gra dla niego. Trochę to Vargasa peszyło, więc był w pewnym stopniu wdzięczny, gdy wreszcie mógł zająć się swoją kawą. Odrobinę ucieszył go nawet mniej więcej trzydziestoletni facet, który przysiadł się do niego chwilę później i przedstawił jako Diego, kucharz i właściciel. Rozmawiali przez chwilę o gotowaniu, Diego spytał go nawet, czy może nie chciałby pomóc mu w kuchni, bo brakuje mu rąk do pracy, ale zanim Lovi musiał odpowiedzieć, przysiadł się do nich Tonio.
   - Przez chwilę już myślałem, że nie przyjdziesz.
   - Przecież nie będę latać cały dzień w garniaku, idioto.
   - No tak - uśmiechnął się Hiszpan. - Widzę, że poznałeś już Diego.
   - Jak widać - odparła pozostała dwójka w podobny, zirytowany, acz pobłażliwy sposób.
   - Nieźle grasz, tak przy okazji - dodał Włoch.
   - Dzięki, Lovi.
   Potem przez chwilę jeszcze rozmawiali o grze Antonia, aż Diego przypomniał sobie o pytaniu zadanym Vargasowi. Lovinio niemal od zawsze chciał być kucharzem i miał ku temu predyspozycje, jednak nie chciał zostawiać señor'a Carriedo po tym, co ten dla niego zrobił. Dlatego musiał odmówić. Hiszpan oczywiście zrozumiał bez tłumaczenia, bo całą sytuację wyjaśnił mu już wyjaśnić jego dostawca pomidorów, z którym przyjaźnił się od kilku lat.
   Kiedy już skończyli tę krótką rozmowę o pracy wrócili do muzyki, jednak tym razem do muzyki w ogóle. Jakimś dziwnym trafem, którego nikt już nie pamięta, Lovi, przysięgający, że nigdy o tym nie wspomni, wygadał się przyjacielowi i nowemu znajomemu, że śpiewał kiedyś w chórze kościelnym. Tamci byli jednak religijni, więc ich reakcja była odwrotna do tej, której się spodziewał, poza tym, że byli nieco zaskoczeni. Antonio nadal robił to w każdą niedzielę. Tylko Diego nie śpiewał, bo, jak twierdził, jego jedynym talentem było gotowanie.
   Duet Vargas-Carriedo wyszedł z knajpki dopiero po jedenastej i mimo że obaj wiedzieli, że przynajmniej Lovi będzie tego żałować, wybrali dłuższą, ale ładniejszą drogę. W mieszkaniu byli około wpół do dwunastej.
   - Nie chce mi się - jęknął Włoch, kierując się powoli do swojej sypialni. - Najchętniej rzuciłbym to w cholerę i przyjął ofertę Diego.
   - To dlaczego tego nie zrobiłeś? - padło pytanie z salonu.
   - Bo to byłoby nie w porządku wobec twojego ojca.
   - A tak jest nie w porządku wobec ciebie.
   - Może. Idę spać - oznajmił.
   - Buenas noches.
   Następnego dnia nie widzieli się rano, ani w południe, ani wieczorem. Tonio zaczynał pracę później, niż Lovi, w południe okazało się, że zostawił u ojca wiadomość, że nie może przyjść, a kiedy wrócił do mieszkania, jego współlokator już spał. Powtarzało się to aż do weekendu, z tą różnicą, że wróciły wspólne obiady.
   Sobota zapowiadała się wspaniale. Słodkie nic-nie-robienie do szesnastej, o której Antonio miał grać w La Tomatina. Zdarzyła się jednak rzecz, która wszystko zepsuła. Zaczęło się od tego, że Lovinio przełamał się i po raz pierwszy od przyjazdu do Hiszpanii wszedł na facebook'a. Tak jak się spodziewał ilość powiadomień była przerażająca jednak więcej, a nawet dużo więcej, było wiadomości od jego brata, Feliciano. Najnowsza była z zeszłego wieczora. "Nie wiem kiedy i czy to przeczytasz, ale zadzwoń do mnie jak najszybciej. To bardzo ważne"
   - Masz telefon? - spytał przyjaciela. Ten potaknął i podał mu komórkę, na której Włoch wystukał wyryty w pamięci numer brata, po czym z lekkim wahaniem wcisnął zieloną słuchawkę.
   - Słucham? - rozległ się smutny głos.
   - Bongiorno, fratello.
   - Lovi! Tak się martwiłem! Gdzie jesteś? Czemu nic nie mówiłeś, ani nawet nie zadzwoniłeś? Jak się czujesz?
   - Feli, po kolei! Dlaczego miałem zadzwonić? - przerwał bratu.
   - Dziadek nie żyje - padła odpowiedź. - Pojutrze...
   - Zadzwonię później - oświadczył Lovinio, nie dając Feliciano dokończyć, po czym się rozłączył i przez chwilę po prostu patrzył na telefon oczyma pełnymi łez, które w końcu zaczęły cieknąć mu po policzkach.
   - Lovi...? Co się stało? - zapytał Antonio, przysiadając się koło niego na kanapę. Włoch tylko położył głowę na jego ramieniu i zaczął cicho płakać. Może i rodzina czasem go denerwowała, w mniejszym bądź większym stopniu, jednak był do nich przywiązany i świadomość, że został mu tylko brat i brat przyrodni, sprawiała, że mimo iż nienawidził płakać, zwłaszcza przy ludziach, nie mógł się powstrzymać od łkania w ramionach Tonia jeszcze przez kilka minut, aż był w stanie wyjaśnić, co się stało, jednak to spowodowało kolejną falę płaczu.
   Kiedy już znów się uspokoił, Hiszpan poszedł zrobić coś do jedzenia i zadzwonić do pracy, że nie przyjdzie. W tym czasie Lovi po raz kolejny zadzwonił do Feliciano, by dowiedzieć się czegoś więcej. Jak już ustalili, że Feli zapłaci za bilet, by Lovinio mógł przyjechać na pogrzeb, starszy z braci musiał opowiedzieć, co się działo od jego wyjazdu. Antonio, który znał tylko fragmenty tej historii również słuchał z ciekawością.
   - Przystojny ten twój Antonio? - spytał młodszy brat i po jego tonie drugi poznał, że szczerzy się od ucha do ucha.
   - To nie czas i miejsce na takie pytania.
   - Oj, Lovi... Poowieedz.
   - Nie.
   - Nie, czyli nieprzystojny, czy nie, nie powiesz? - drążył temat.
   - Nie, nie powiem.
   - Czyli przystojny. Zabójczo, czy zwyczajnie?
   - Feli, do jasnej cholery! Rozłączam się!
   - Czyli zabój... - i w tym momencie Lovinio się rozłączył.
   - Co zrobił? - zaciekawił się obiekt zainteresowania Feliciano, widząc, że jego współlokator jest jakby bardziej czerwony.
   - Nie twój interes. Podasz pilota?
   Oglądali telewizję tylko przez chwilę, bo na jakikolwiek kanał Lovi by nie przełączył, leciało tam coś, co przypominało mu o dziadku. Potem spróbował poczytać, ale wyszło na to samo. W końcu Antonio uznał, że spaghetti by mu pomogło, w końcu to jego ulubione danie. I pomogło, choć tylko trochę, bo najlepszy makaron, jaki jadł, był właśnie robiony przez Romulusa Vargasa. Ostatecznie położył się spać, by zdążyć na poranny samolot do Rzymu. W tym momencie dziękował Bogu, za to, że postanowił dokumenty przełożyć z portfela do innej kieszeni, więc wciąż je miał i nie musiał iść do ambasady, by wyrobić nowy paszport, bo zadawaliby problematyczne pytania.
   W końcu wyszło na to, że nie mógł zasnąć i gdy Tonio przyszedł go obudzić, trwał tylko w lekkim półśnie. Hiszpanowi było przykro go z niego wyciągać i przez chwilę siedział tylko na brzegu jego łóżka i odgarnął grzywkę z oczu. Jednak to już zdołało go obudzić.
   - Która godzina? - spytał, przecierając oczy.
   - Szósta trzydzieści.
   - To spadaj.
   - Lovi, samolot.
   - Nie chcę tam jechać - jęknął Włoch, przekręcając się na drugi bok.
   - Mogę jechać z tobą, jeśli chcesz.
   - Nie musisz.
   - Jak chcesz. Zrobić ci naleśniki?
   - Jak skończysz, to mnie obudź.
   - O, nie... Wstawaj - ponaglił go Antonio, schylając się i całując Loviego w skroń.
   - Idź robić te naleśniki - mruknął, przekręcając się znów przodem do przyjaciela. - Ale się rozczochrałeś... - uśmiechnął się na wpół złośliwie i przeczesał mu włosy palcami.
   - No, to wstawaj.
   - Dałbyś człowiekowi spokój...
   - Masz pięć minut - oświadczył Hiszpan i wyszedł do kuchni. W końcu pięć minut stało się piętnastoma, jednak Tonio nie miał zamiaru wypominać tego przyjacielowi. Z domu wyszli półtorej godziny przed odlotem. Na szczęście rano nie było dużych kolejek przy kasie, więc Loviemu szybko udało się odebrać bilety. Miało to też sporą wadę, a mianowicie musieli siedzieć bezczynnie przez dłuższy czas. Z kolei takie siedzenie dobijało Włocha.
   - Na pewno nie chcesz, żebym z tobą poleciał? - spytał Hiszpan, dotychczas trzymający towarzysza za rękę, kiedy oznajmiono, że pasażerowie samolotu do Rzymu mają udać się na odprawę.
   - Nie, dzięki. Pewnie i tak nie ma już biletów - odrzekł sucho Lovi.
   - Zadzwoń jak dojedziesz.
   - Jasne.
   Jak może niektórzy z Was się domyślają, i Lovinio i Antonio podczas pożegnania roztrząsali w głowach pewną ważną kwestię, a i była to kwestia ta sama. Jednakże do jej rozwiązania doszło jakiś czas później. Na razie jednak pozwolę sobie odwlec to jeszcze chwilę, w końcu muszę skończyć wątek pogrzebu Romulusa Remusa Vargasa.
   Odbył się on w poniedziałek, mszę i ceremonię odprawił przyrodni Vargas, Pietro, który akurat był księdzem. Przyszło kilku znajomych najstarszego Vargasa, w tym Otto Beilschmidt z dwoma wnukami, których Remulus uczył w Anglii. Jeden z nich, albinos, który przedstawił sie jako Gilbert, próbował rozmawiać z Loviniem, twierdząc, że przyjaźni się z Antoniem i ten trochę mu o Włochu mówił. Jednakże stosunek Loviego do tych ziemniaczanych głąbów, od kiedy dowiedział się, że Feli spotyka, czy tam spotykał, się z młodszym, był dość... chłodny.
   Zaraz po stypie starszy z braci Vargas spakował te kilka swoich rzeczy, które trzymał w mieszkaniu młodszego i wsiadł w samolot powrotny do Madrytu. Na lotnisku czekał na niego współlokator, jednak akurat kiedy Lovinio do niego podszedł, rozmawiał przez telefon i nawet go nie zauważył.
  - Ile razy mam ci powtarzać, że między nami nic nie ma? A nawet jeśli, jakie to ma znaczenie? Robienie ludziom takich rzeczy jest tak... okropne i bezduszne, że nawet... Nie! Nie przerywaj mi! Choć raz w życiu mi nie... Tak, oczywiście, rozłącz się - syknął na koniec do telefonu, chowając go do kieszeni. - O, Lovi. Wybacz, musiałem dokończyć.
   - Właśnie widzę, jak ci się udało... Kto to był?
   - Ojciec. Pomóc ci z tym? - zaproponował, wskazując na torbę.
   - Ta, dzięki - odparł, jednocześnie próbując trochę opanować swoją ciekawość. W końcu mu się nie udało. - O co chodziło? - zaciekawił się, jednak mina Antonia zmusiła go do dodania: - Jeśli mogę spytać.
    - Możesz, możesz. Po prostu... Strasznie to skomplikowane, zawiera rzecz, o której nie lubię rozmawiać i w ogóle nie bardzo mam ochotę mówić o tym na lotnisku.
   - To chociaż o kogo chodziło?
   - Ehm... Możemy później?
   - Okej.
   Jednak cierpliwość Vargasa jest zwykle odwrotnie proporcjonalna do jego ciekawości. Dlatego też ponawiał pytanie dwa razy w trakcie powrotu do mieszkania.
   - O ciebie, dobra? - powiedział w końcu na klatce schodowej. - Mój ojciec wie, że jestem gejem i bardzo mu to przeszkadza, a jeszcze bardziej by mu przeszkadzało, gdybym spotykał się z jego sekretarzem. I nie da sobie wytłumaczyć, że po prostu ze sobą mieszkamy.
   Na to wyznanie Lovinio aż przystanął.
   - Coś... - zaczął Carriedo, ale Włoch od razu mu przerwał.
   - Idiota - mruknął po części do siebie, po części do Tonia, a po części do swojego szefa. Jednocześnie pociągnął Hiszpana w dół i trochę niepewnie pocałował. Zanim zdążył się odsunąć, został przyciągnięty z powrotem. Nie przerywając pocałunku wspięli się na swoje piętro, jakimś cudem Antonio otworzył drzwi do mieszkania i, zrzucając kolejne części garderoby, przeszli do sypialni Carriedo. Żadnemu nawet przez myśl nie przeszło, żeby trochę zwolnić, w końcu powstrzymywanie się nie leżało w naturze żadnego, a robili to wystarczająco długo.
   Na temat tego, co działo się przez... no, później, nie będę się rozwodzić, w końcu każdy powinien mieć trochę prywatności. Miejsce to wykorzystam raczej na wyjaśnienie, co się stało jeszcze później. A jest tego sporo, więc lepiej czym prędzej zacznę.
   Rankiem Lovinio uznał, że budzenie się po dobrze spędzonej nocy, obok kogoś, z kim chciało się ją spędzić, jest dużo lepsze od budzenia się w ogóle. Jednak wstawanie to zupełnie co innego i do tego mu się nie spieszyło.
   - Buenos días - powitał do Antonio, zauważywszy, że ten drugi się obudził.
   - Buongiorno - odpowiedział Włoch, zamykając oczy i przysuwając się bliżej, by chłonąć jak najwięcej ciepła.
   - Nie chcę tego mówić, ale powinieneś wstać, bo się spóźnisz.
   - Jak nie chcesz, to po co mówisz? - syknął Lovi.
   - Nie chcę, żebyś miał przeze mnie problemy.
   - I tak pewnie będę miał. I właściwie, wisi mi to - oświadczył. - Diego nadal szuka pomocy w kuchni?
   - Jasne - uśmiechnął się Hiszpan, przekręcając tak, by spokojnie móc pocałować Vargasa w czoło, bo do ust nie sięgał. - Ucieszy się, jak mu powiem. Choć oczywiście to zależy od tego, jak gotujesz.
   - Lepiej od ciebie - skłamał (choć tylko odrobinę).
   - O tym się przekonamy, jak wreszcie postanowisz coś ugotować.
   - Nie licz na to, nie każdego może spotkać zaszczyt próbowania moich dzieł. - To stwierdzenie tak rozbawiło Tonia, że nie mógł przestać się śmiać przez kolejną minutę, albo nawet dwie. Na co oczywiście Włoch się obraził i wyszedł z sypialni ze słowami, że idzie do pracy. Nie doszedł jednak nawet do łazienki, bo został złapany, przyciągnięty i pocałowany tak, że zabrakło mu tchu.
   - Wyglądasz jak pomidor - zaśmiał się Carriedo, odgarniając współlokatorowi grzywkę z oczu.
   - Vaffanculo6.
   - Oj, tak się tylko droczę.
   - To najpierw daj mi się ubrać - poprosił Lovi (choć jego ton wskazywałby raczej na rozkaz), a widząc, że Antonio się podejrzanie uśmiecha i wygląda, jakby miał coś powiedzieć, dodał: - Tylko powiedz coś, że wcale nie muszę, bo i tak dobrze wyglądam, a oberwiesz.
   - To się zamknę - oświadczył Hiszpan, za co Włoch mu przyłożył.
   Mimo słów Lovinia, że nie ma najmniejszego zamiaru iść do pracy, w końcu tam poszedł, tylko po to, by się zwolnić. Przez pół drogi zastanawiał się, jak to powiedzieć szefowi, i w końcu postawił na zwyczajną dla siebie, niemal wrodzoną bezczelność. Zaczął jednak dość uprzejmie, przynajmniej jak na siebie.
   - Rezygnuję.
   - Słucham?
   - Z pracy. Rezygnuję.
   - Dlaczego?
   - Nie podoba mi się, jak traktujesz Tonia i nie mam zamiaru dalej sprawiać, żeby się zmuszał, by tu przychodzić - wyjaśnił Lovi, z pewną dozą satysfakcji parząc, jak twarz Richarda przybiera wyraz zdumienia, który zaczął przekształcać się w czystą złość.
   - Co to ma do rzeczy?
   - Nieistotne. Nie chcę tu pracować. Dziękuję za pomoc i do-nie-widzenia. - I wyszedł, zostawiając swojego byłego już szefa zdziwionego i bez asystenta.
   Tym razem od razu udał się do La Tomatiny, bo nie musiał się przebierać, skoro garnitur zostawił w domu. Kiedy tam wszedł, nie mógł nigdzie znaleźć Antonia, za to natychmiast zauważyła go Cruz i, pomachawszy mu, wskazała na drzwi do kuchni. Rzeczywiście, był tam i Diego i Tonio.
   - O wilku mowa - podsumował jego wejście starszy Hiszpan. - Tam masz przepisy, - wskazał kartki porozpinane przed jednym ze stanowisk - na razie możesz z nich korzystać, ale postaraj sie nauczyć na pamięć. Zacznij od gazpacho, bo mi się nie chce.
   - Okej.
   Jakby Lovi miał tak zupełnie ogólnie powiedzieć, które z dotychczasowych zajęć podobało mu się najbardziej, zdecydowanie wybrałby właśnie to. Jedyną rzecz, którą mógł uznać za jego wadę, to to, że było trochę za gorąco i Antonio nieco za często przychodził "sprawdzić, jak sobie radzi", co jednak w praktyce kończyło się tym, że całowali się, póki Diego nie zwracał im uwagi i groził, że nie będzie darmowego obiadu na koniec dnia. Ostatecznie jednak obiad był i wszyscy w miarę możliwości szczęśliwi rozeszli się, każdy w swoją stronę.
   Podobnie było następnego dnia i jeszcze kolejnego. I tego po nim i po tamtym i tak dalej. Tonio częściej próbował się powstrzymywać od przeszkadzania Loviemu, Diego rzadziej zwracał im uwagę, a nawet przestał grozić brakiem obiadu. Oprócz tego, któregoś razu przyjechał Feliciano. Oczywiście od razu zaskarbił sobie serca wszystkich, obaj Hiszpanie byli zachwyceni jego umiejętnością gotowania, choć twierdzili, że bracia gotują tak samo dobrze. Cruz oczarował swoją ciepła naturą i cudownie miłym usposobieniem. Starszego z Vargasów strasznie to denerwowało. Nie żeby nie kochał swojego brata, ale zawsze tkwił w jego cieniu, bo Feli jest taki kochany, taki utalentowany. Między innymi dlatego wyjechał z Włoch. Po tym, jak młodszy z nich opuścił Madryt, Lovinio wyznał to swojemu chłopakowi, na co dostał krótką, treściwą odpowiedź.
   - Feli może być słodki i cudowny, ale to ciebie kocham.
   A były to dwa pierwsze razy za jednym zamachem. Po raz pierwszy Antonio powiedział mu, że go kocha, i po raz pierwszy ktokolwiek oznajmił, że nie ważne, jaki jest jego brat, Lovi jest Lovim i o to chodzi.
   Właśnie dlatego decyzja o wyjeździe do Hiszpanii była jego najlepszą decyzją.

________________________________
6 wł. odpierdol się, ewentualnie, spierdalaj
Tym razem trochę krótsze, bo nie udało mi się w miarę symetrycznie podzielić tekstu. Chciałam żeby swego rodzaju moment przełomowy wystąpił właśnie w tej części, bo przeprowadzka wcale nim nie była.

Dziękuję wszystkim, którzy przetrwali całą serię i życzę Wam wesołych świąt(, których sensu obchodzenia osobiście nie dostrzegam, ale jeśli dla kogoś byłoby to istotne, to niech będzie)

Seria "Wszystko przez te..." zawiera:
FrUK: I: fav.me/d6i30b5
         II: fav.me/d6j2ynk
PrusPol: I: fav.me/d73e4br
             II: fav.me/d73ht2d
Spamano: I: fav.me/d7dwgj7
                 II: to tu
Add a Comment:
 
:iconthenordics:
TheNordics Featured By Owner May 19, 2014
No, wreszcie się odzywam. No, więc tak, za tą parą nie przepadam, ale tutaj Romano mnie urzekł, tak samo jak wspaniały Toś. Czytałam i uśmiechałam się pod noskiem. Dawno nie czytałam tekstu, który byłby pozytywny i na swój sposób podnosiłby mnie na duchu, a teraz to mi się przyda. Cała seria się skończyła, a ja czuję jakąś pustkę. Twoje pomysły, te droczenie się w dialogach, pisanie poprzez wczuwanie się w  jednego z bohaterów.No po prostu cudo, co tu więcej powiedzieć? Chyba nic. Wybacz, że tak długo czekasz na mą odezwę i, ze jest ona tym razem tak krótka, ale nie jestem wstanie nic sklecić... 
Reply
:iconanatheila:
anatheila Featured By Owner May 14, 2014
Spamano jest dla mnie, obok czekolady i herbaty, najlepszym lekiem na zbolałą duszę i zmęczony umysł. A takie jak to wzbudza uśmiech na twarzy i naprawdę stawia na nogi.
Dawno nie czytałam tak pozytywnego tekstu. Pozytywnego, kochanego i w pewien sposób życiowego - choć to może Twój styl sprawił, że historia zdawała mi się bardzo bliska. Fabuła płynęła wartko, a ja razem z nią, dlatego też miałam wrażenie, że koniec przyszedł trochę za szybko. Ale to było dobre wrażenie. Kawał dobrej roboty.
Reply
:iconaka-kuro-ame:
aka-kuro-ame Featured By Owner May 17, 2014  Hobbyist Writer
O bogowie...
Nawet nie masz pojęcia, jak mi się mordka teraz cieszy...
Bo tak się składa, że jesteś dla mnie kimś w rodzaju fanfickowego senpaia, zwłaszcza, jeśli chodzi o Spamano. SENPAI NOTICED ME!!
Musk mi umar...
Reply
:iconanatheila:
anatheila Featured By Owner May 17, 2014
Ha, to sama przyjemność sprawić, że komuś się mordka cieszy - tym bardziej, że tekst zasługuje na pochwały. Zasłużone komplementy łatwo się mówi, aż dziwne, że ludzie nie komentują. Choć zauważyłam, że ostatnio sporo tekstów (przynajmniej te, które ja czytałam) jest pomijanych przez komentujących, pomimo że uwaga jak najbardziej się im należy. Jakaś posucha nastała, ludzie fanfików nie czytają czy ki diabeł...
A musk niech nie umiera, bo kto będzie mnie dalej oczarowywał tekstami?
Jestem senpaiem, jeee...!
Reply
:iconaka-kuro-ame:
aka-kuro-ame Featured By Owner May 20, 2014  Hobbyist Writer
Ja tam nie wiem, jak to z tymi komentarzami, jakoś nie zauważyłam, żeby było ich specjalnie mniej, ale w końcu fanfkczę dpiero od półtora roku.
A musk tak ma, że jak mu się umrzy, to odżywa za jakiś czas i wchodzi na wyższe obroty. To tak trochę jak z wypalaniem traw.
Reply
:iconanatheila:
anatheila Featured By Owner May 20, 2014
Właściwie to nie powinnam się na temat komentowania wypowiadać, bo sama jestem ostatnią osobą, która jak już coś skomentuje, to święto lasu, dzień chomika. I rzadko tu bywam, więc może stąd takie wrażenie, że ludzie jakoś mniej udzielają się pod pracami.
Dopiero półtora roku? Niesamowite, że piszesz tak dobrze z takim, bądź co bądź, ale niedługim stażem. Fajnie będzie patrzeć na Twój dalszy rozwój^^
Reply
:iconaka-kuro-ame:
aka-kuro-ame Featured By Owner May 20, 2014  Hobbyist Writer
Półtora roku fanfiction, ale chyba z 10 piszę tak w ogóle. To chyba jednak nie jest "tak niedługi staż". Choć muszę przyznać, że chyba bardziej się rozwinęłam w te półtora roku, niż wcześniej.
Reply
:iconmuffinekjagodowy:
MUFFINEKJAGODOWY Featured By Owner Apr 18, 2014
CUDOWNE~
Zrobiłaś mi dzień, więc jest fajnie. Tylko... nic już więcej nie będzie? Powiedz, że jeszcze coś będzie w tej serii D: Bo... bo... ja potrzebuję więcej.
Reply
:iconaka-kuro-ame:
aka-kuro-ame Featured By Owner Apr 18, 2014  Hobbyist Writer
Dziękuję.
I istnieje taka tycia tycia możliwość, że uda mi się jakimś cudem napisać coś w rodzaju bonusu, czyli UsJap, skoro wspomniałam o Kiku w Cupcakes, ale niestety muszę stwierdzić, że UsJapy mi nie idą. No i postaram się, żeby następny bożonarodzeniowy fick był czymś w rodzaju bonusu nr2.
I miło mi widzieć, że ludzkość prosi o więcej. Lepszego prezentu na święta nikt by mi nie wymyślił, nawet jakby się głowił przez rok.
Reply
:iconmuffinekjagodowy:
MUFFINEKJAGODOWY Featured By Owner Apr 18, 2014
A może by tak GerIta, skoro też zostało  to wspomniane? :D
Reply
Add a Comment: