Deviant Login Shop  Join deviantART for FREE Take the Tour
×

:iconaka-kuro-ame: More from aka-kuro-ame


More from deviantART



Details

Submitted on
August 14, 2013
File Size
42.5 KB
Link
Thumb

Stats

Views
878
Favourites
12 (who?)
Comments
17
×
Francis Bonnefoy - Francja
Arthur Kirkland - Anglia
Allistor Kirkland - Szkocja
Antonio Fernandez Carriedo - Hiszpania
Gilbert Beilshmidt - Prusy
Kiku Honda - Japonia
prof. Romulus Vargas, dyrektor - Starożytny Rzym



   Witam. Nazywam się Arthur Kirkland, jestem uczniem trzeciego roku Akademii W. Jeśli chodzi o moich przyjaciół... Cóż... Takowych nie posiadam. Oczywiście jest jeszcze Kiku, ale on mieszka w Japonii i rozmawiamy jedynie przez maile, czasem czat. Z tego powodu nie do końca mogę go liczyć. Wracając do moich przyjaciół, a raczej ich braku, jest tak głównie dlatego, że nie lubię nadużywania tego słowa. W tych czasach wszyscy mają dziesiątki, a nawet setki "przyjaciół", a ja wolałbym jednego, góra dwóch, prawdziwych. Czasem mi się wydaje, że urodziłem się w złym stuleciu... Na szczęście mam jeszcze książki. Sam również piszę od kilku lat, ale nigdy nie lubiłem nikomu tego pokazywać.
   - Co tam piszesz, Brewka? - usłyszałem nad uchem. Ten akcent... To mogła być tylko jedna osoba.
   - Nie twój interes, Bonnefoy - odparłem zakrywając zeszyt dłonią i patrząc na stojącą nade mną postać. Francis Bonnefoy, uczeń z Francji, a właściwie francuskiego pochodzenia. Całe życie spędził tu, w Anglii, męcząc mnie w każdej kolejnej szkole. Razem ze swoim Bad Friends Trio...
   - Wow, nie dodałeś "cholerny". Mamy postęp! - ucieszył się. Miał poniekąd rację. Zazwyczaj mówiłem "Nie twój cholerny interes, Bonnefoy", a on odpowiadał "Jeszcze się dowiem." Był codzienny, poranny rytuał. Przychodziłem pierwszy, siadałem w swojej ławce, wyciągałem zeszyt i pisałem, póki on nie przychodził.
   - Nie twój CHOLERNY interes, Bonnefoy - poprawiłem się z kpiącym, nasączonym jadem uśmieszkiem.
   - Jeszcze się dowiem - zaśmiał się i usiadł w swojej ławce w rzędzie obok, jedną ławkę przede mną.
   - Morgen, Franz - rozległo się po chwili. Do sali wszedł Gilbert Beilschmidt, jeden z dwóch najlepszych kumpli Francisa, albinos z Niemiec.
   - Bonjour, Gil. Mówiłem ci coś o zniemczaniu mojego imienia.
   - Tak, tak. Hallo, Brewka!
   - Hi - mruknąłem zakładając na uszy słuchawki, po czym schowałem notes do torby i zamiast niego wyjąłem książkę.
   - Buenos dias, amigos - zawołał na wejściu Tonio, przekrzykując nawet Frediego Mercurego śpiewającego mi do uszu. Antonio Fernandez Carriedo był dalekim kuzynem Francuza. Zachowywał się i wyglądał jak najbardziej hiszpański Hiszpan na świecie, przy czym był dużo za głośny, jak na moje standardy.
   - Morgen.
   - Bonjour.
   - Honrar, Brewka!
   - Hi - odpowiedziałem, bo nie dałby mi spokoju. I tym sposobem cały poranny rytułał mieliśmy za sobą. W dodatku miałem jeszcze pięć minut czytania do przyjścia nauczyciela. Teoretycznie, powinny przebiec we względnym spokoju, ale z tym narwanym Niemcem nigdy nic nie wiadomo.
   - CO?! - wszyscy odwrócili się w stronę zgromadzenia tych idiotów, a ja nawet zdjąłem słuchawki.
   - Cicho siedź, imbécile! - zganił Gilberta Francis.
   - Ale serio? Zgłupiałeś? - szepnął Niemiec.
   - Powiedziałem, żebyś się zamknął - syknął Francuz, wkurzony nie na żarty.
   - Okej, okej. Pogadamy później - Antonio próbował złagodzić sytuację. Poza tym właśnie wszedł profesor Vargas, nauczyciel historii, więc całe to hałaśliwe trio się rozsiadło.
   Na kilku kolejnych przerwach próbowałem dyskretnie podsłuchać, o czym mówili, bo muszę przyznać, że trochę mnie to zaciekawiło. W końcu dałem sobie spokój, bo chyba postanowili o tym nie wspominać i uznałem, że mógłbym skończyć książkę, a po lekcjach odnieść ją do biblioteki.
   - Hej, Brewka, może poszedłbyś z nami na piwo, co? - spytał Beilschmidt owijając ramię wokół mojej szyi, gdy odkładałem podręczniki do szafki.
   - Puść mnie do cholery! I czemu miałbym chcieć? - zdenerwowałem się, zdejmując jego ramię. Zaraz za nim stał Carriedo, a Bonnefoy zdawał się do nich nie przyznawać, grzebiąc we własnej szafce, trochę na lewo od nas.
   - Nie wiem... Ale serio, nie chce ci się iść na PIWO?
   - Nie, a jeśli bym chciał, to na pewno nie z WAMI - odpowiedziałem dobitnie i zatrzasnąwszy szafkę przecisnąłem się w stronę wyjścia.
   - Au revoir, Arthur~ - pożegnał mnie Francis, gdy go mijałem.
   - Bye.
   - Nie powinieneś się cieszyć, Francis? - usłyszałem jeszcze zanim odszedłem. Widocznie nie odpowiedział im słownie, bo nie dobiegł mnie już żaden dźwięk, poza krokami. Poszedłem prosto do biblioteki, dlatego trochę mnie zdziwiło, że francusko-hiszpańsko-niemieckie trio szło za mną. Przystanąłem na chwilę, żeby "sprawdzić coś w torbie". Przeszli obok, rozmawiając cicho. Nie dosłyszałem o czym. Z resztą, co mnie to obchodzi... niech se gadają, o czym chcą.
   Kiedy wszedłem do biblioteki przypomniałem sobie, że niedaleko znajdował się pub. Zawsze mijałem go w drodze do domu. I wtedy, kiedy po godzinie wyszedłem z kilkoma nowymi książkami, przechodziłem tamtędy. Jednak mało nie dostałem drzwiami, zza których wyłonił się nie kto inny jak Francis, a zaraz za nim Antonio i Gilbert. Chyba mnie nie zauważyli, bo poszli dalej, w tą samą stronę co ja.
   - Francis, ale serio? On? ON?!
   - Oj, zamknij się. Nic na to nie poradzę... - westchnął Francis, poprawiając włosy.
   - Jak raz muszę zgodzić się z Gilbertem. Przecież... Czemu? - wtrącił się Hiszpan.
   - Nie wiem... Nie wiem, Tonio.
   - Dobra, a jak masz zamiar do niego dotrzeć, skoro jest aż tak zamknięty w sobie? - spytał Niemiec zwracając się do kumpli przodem i zaczynając iść tyłem. Gwałtownie zwróciłem się w drugą stronę, bo wydawało mi się, że zdecydowanie nie powinienem słyszeć tej rozmowy. Niestety wpadłem na jakiegoś narwanego faceta, który popchnął mnie na śnieg.
   - Gościu, patrz jak łazisz! - warknął i poszedł dalej, zostawiając mnie w zaspie. Kiedy próbowałem się z niej wydostać śnieg wsypał mi się za kołnierz. Nosz kurna mać! Jak się przeziębię, to mnie szlag trafi! Wracałem do domu wściekły, dygocząc z zimna z powodu mokrych ciuchów.
   - Cześć, Artie - powitał mnie brat. Mieszkałem z nim od śmierci naszej matki. Nasi pozostali bracia wyprowadzili się trzy i cztery lata temu. A ja miałem zamiar wyprowadzić się zaraz po zakończeniu szkoły, bo nie dogadywaliśmy się zupełnie. - Czemu jesteś taki przemoczony? - spytał wychylając się z kuchni.
   - Wpadłem w zaspę...
   - Ale z ciebie sierota - zaśmiał się.
   - Spadaj - powiedziałem. - Jest obiad?
   - Za pięć minut.
   - Okej - kiwnąłem głową i ruszyłem na górę, odłożyć torbę.
   Obiad był okropny, jak zwykle, ale zbyt się przyzwyczaiłem do tego jak gotuje. I za każdym razem, kiedy chciałem coś na ten temat powiedzieć przypominało mi się jak przez tydzień kazał mi samemu gotować. A gotuję dużo, dużo gorzej. Po dwóch dniach obaj stołowaliśmy się na mieście. Oczywiście osobno.
   - Jak szkoła?
   - Nijak.
   Tak zazwyczaj wyglądała nasza rozmowa. Potem szedłem do siebie, siadałem do komputera, czasem czytałem, ewentualnie pisałem. Tamtego dnia sięgnąłem po dopiero co wypożyczoną książkę. Około siódmej poszedłem coś przegryźć, a potem położyłem się spać. Kiepsko się czułem, ale zrzuciłem to na zmęczenie.
   Rano jak zwykle obudził mnie Allistor.
   - Wstawaj leniu. Jeszcze się spóźnisz.
   - Daj mi spokój, źle się czuję - wychrypiałem.
   - Zostań w domu. Musiałeś się wczoraj przeziębić - zdziwiła mnie jego troska. Zwykle mnie wyśmiewa i każe ruszyć dupsko, ale zbyt bolała mnie głowa, by się nad tym zastanawiać.
   - Dzięki - mruknąłem przekręcając się na drugi bok. Kiedy obudziłem się jakiś czas później, na stoliku nocnym stała letnia herbata i kanapki. Kanapki zostawiłem i sięgnąłem po herbatę. Miałem ochotę poczytać, ale literki zjeżdżały mi się w jedną, wielką, czarną masę. Próbowałem zasnąć, ale wpadłem jedynie w płytki półsen. W pewnym momencie usłyszałem skrzypnięcie drzwi.
   - Allistor, spadaj - powiedziałem chrapliwie, przekręcając się na drugi bok.
   - Widzę, że masz świetne relacje z bratem - odezwał się ktoś, ale na pewno nie mój brat. Ból głowy nie pozwolił mi przypomnieć sobie czyj to był głos, dlatego po prostu zwróciłem się w tamtą stronę.
   - Bonnefoy? Co ty tu robisz? - zdziwiłem się.
   - Profesor Vargas przysłał mnie, żebym dał ci notatki - powiedział siadając koło mnie na łóżku.
   - To je zostaw i daj mi spać.
   - Co ci właściwie jest?
   - Przeziębiłem się. Przejdzie mi do jutra - odparłem. Poczułem jego dłoń na czole. Była chłodna, jakby dopiero co umył ręce w zimnej wodzie.
   - Nie sądzę, żebyś do jutra wyzdrowiał. Ani nawet za tydzień. Mógłbym usmażyć ci jajko na czole - zaśmiał się. - Twój brat powinien zadzwonić po lekarza.
   - To mu to powiedz, jak będziesz wychodzić. I każ mu zrobić mi herbatę - poleciłem.
   - Czemu sam mu nie powiesz?
   - Bo mnie kretyn nie słucha. Dzięki za notatki - powiedziałem tonem kończącym rozmowę.
   - Au revoir, Brewka - pożegnał się i wyszedł. Chwile później przyszedł Allistor z herbatą. Jak chce, to potrafi być dobrym bratem. Niestety zazwyczaj nie chce.
   Godzinę albo dwie po wyjściu Francisa przyjechał lekarz i potwierdził jego słowa. Dostałem zakaz wychodzenia z domu na najbliższe dwa, albo i trzy tygodnie oraz listę leków. Diagnoza: wirusowe zapalenie płuc. Pięknie.
  Następnego dnia Bonnefoy również przyszedł. Akurat spałem, a kiedy się obudziłem, siedział na krześle i trzymał MÓJ ZESZYT.
   - Cześć, Brewka. Mówił ci już ktoś, że świetnie piszesz? - powiedział na powitanie.
   - Kto, do jasnej cholery, pozwolił ci ruszać moje rzeczy?! - zdenerwowałem się, próbując zabrać mu notes.
   - Wybacz… Byłem po prostu ciekaw, co tak zawzięcie piszesz od pięciu lat. I muszę przyznać, że nie rozumiem, dlaczego wciąż to tak ukrywasz - odparł, ale oddał mi notatnik. - To jest naprawdę dobre.
   - Hm… Dzięki. Ale jeszcze raz ruszysz coś mojego, to nie ręczę za siebie.
   - Okej, wyluzuj…
   - Lepiej zostaw te notatki i spadaj - mruknąłem siadając i sięgając pod łóżko po laptopa. Poprzedniego dnia zapomniałem napisać do Kiku, więc pewnie zastanawiał się, co mogło się stać.
   - Jak ty to zrobiłeś, ze rozchorowałeś się tak szybko? - spytał po chwili Francis.
   - Na Boga! Myślałem, że już sobie poszedłeś! Nie strasz mnie tak do cholery! - wykrzyknąłem, a raczej spróbowałem, bo natychmiast zacząłem kaszleć. - Lepiej idź, jeszcze się zarazisz.
   - A od kiedy ty się o mnie martwisz? - słyszałem w jego głosie kpinę.
   - Jeszcze czego? - odpowiedziałem chrapliwie. - Po prostu nikt inny nie przyniesie mi notatek, nawet jakby mu dyrektor kazał.
   - Oh, nie przesadzaj… Ktoś by się znalazł. Nie można cię aż tak nie znosić - spróbował podnieść mnie na duchu, mimo że nie miał powodu. I tak miałem gdzieś, co myślą o mnie ludzie.
   - Maja mnie za świra.
   - Bo jesteś świrem. Ale takim specyficznym.
   - Jakże miło z twojej strony, że tak uważasz - odpowiedziałem wkładając w to zdanie tyle sarkazmu ile mogłem. - Mógłbyś podać mi leki z biurka?
   - Jasne - odparł wstając. Wziął z blatu całą tacę, razem z zimna już herbatą.
   - Dzięki.
   - To ja już… em… pójdę.
   - To idź.
   - Cześć - i wreszcie wyszedł. Nafaszerowany lekami zacząłem pisać maila z przeprosinami do mojego japońskiego przyjaciela. Okazało się, że jeszcze siedział przy komputerze, gdy go wysłałem, więc przez chwilę rozmawialiśmy na czacie. Pytał mnie o Francisa. Jaki jest? Jak się z nim rozmawia? I tak dalej.
   Francis jest... francuski. Francuski do szpiku kości, pomimo życia spędzonego w Anglii. Ma francuski akcent, lubi francuskie jedzenie, nosi francuskie ubrania. Nawet oczy ma w tym samym odcieniu, co błękit na francuskiej fladze. Poza tym, jest strasznie... denerwujący. Tak, denerwujący to dobre słowo, choć wydaje mi się, że nieco za słabe.
   Ma irytujący sposób bycia. Często gada za dużo, w dodatku wtedy, kiedy nie powinien i to, czego nie powinien. Czasem dodaje za dużo francuskich wtrąceń, i, mimo że go rozumiem, bo całkiem nieźle znam francuski, doprowadza mnie tym do białej gorączki.
   Oto jaki jest Francis Bonnefoy.
   "Musisz go naprawdę lubić" pojawiło się na ekranie w odpowiedzi na mój wywód.
   "Wybacz Kiku, ale piszesz bzdury" odpisałem.
   "Tu, w Japonii, na takich jak ty mówimy tsundere"
   "Tsundere?"
   "To znaczy mniej więcej tyle, że zachowujesz się nieuprzejmie, ale w głębi duszy jesteś miły i pragniesz bliskości." wyjaśnił. Wpatrywałem się przez moment w ekran z otwartymi ustami. Kiku, zdrajco.
   "Jak tam chcesz. Muszę już lecieć. Allistor chyba nie ma zamiaru zrobić obiadu sam z siebie. Poza tym, chyba powinieneś się kłaść, w Tokio pewnie jest już późno." odpowiedziałem.
   "Masz rację. Bye Arthur."
   "Oyasumi, Kiku" pożegnałem się. Wygramoliłem się spod pościeli i zszedłem na dół zastanawiając się nad słowami Japończyka. Może miał trochę racji, w głębi duszy rzeczywiście chciałem znaleźć kogoś, z kim będę się czuł dobrze, z kim będę mógł pogadać na każdy temat, ale zrażałem do siebie wszystkich moim zachowaniem. Jednak za żadne, powtarzam ŻADNE skarby świata bym nie powiedział, że lubię tego zboczonego Francuza. Chociaż kiedy zobaczyłem go, gdy się obudziłem tamtego popołudnia, trochę się ucieszyłem.
   Następnego dnia również przyszedł. Poprosił mnie o pożyczenie mu zeszytu z moją powieścią. Odmówiłem. Kolejnego dnia znów mnie o to prosił. Znów mu odmówiłem. W sobotę nie przyszedł, bo nie miał dlaczego, tak samo w niedzielę. Rozmawiałem za to z Kiku, i jako że leki zaczynały działać, czułem się już odrobinę lepiej, ale wciąż miałem niewysoką gorączkę i paskudny kaszel.
   - Jak zdrówko, Arthur? - spytał Bonnefoy w poniedziałek na wejście.
   - Trochę lepiej. Płuca już tak nie bolą - odparłem. Wciąż jednak nie miałem siły jakoś się odgryźć, za ten głupi ton.
   - To dobrze. Dzisiaj mam dla ciebie bonusa - oznajmił wyciągając z torby kartki i plastikowe pudełko.
   - Co to? - zaciekawiłem się.
   - A takie tam ciastka... Wczoraj piekłem - uśmiechnął się. - Pomyślałem, że może chciałbyś zjeść coś słodkiego, więc zapakowałem dwa więcej.
   - Dzięki - odpowiedziałem. - Hmm... Przydałaby się herbata - stwierdziłem.
   - Jesteś uzależniony - westchnął wstając.
   - I gdzie ty niby idziesz, hę? - zdziwiłem się. I trochę zaniepokoiłem. Zaskakiwało mnie jak bardzo się przyzwyczaiłem do jego odwiedzin przez te cztery dni w poprzednim tygodniu. I nawet przestawał mnie tak denerwować. Znaleźliśmy już kilka wspólnych tematów i rozmawiało się z nim coraz przyjemniej.
   - Zrobić ci herbatę - wyjaśnił i wyszedł. Przez otwarte drzwi wszedł Iggy, mój kot. Ostatnio czuł się chyba trochę samotny, bo ja przez pół dnia spałem, a Allistor zaszywał się gdzieś na parterze. Kot wskoczył na łóżko i zaczął łasić się do mojej ręki. Kiedy spróbowałem go pogłaskać syknął na mnie i usiadł koło mojego lewego boku. Koty są mądre, wiedzą, gdzie boli. Chwilę później wrócił Francis.
   - Nie wiedziałem którą byś wolał, więc zrobiłem Earl Grey'a i truskawkową - powiedział.
   - Earl Gray - oświadczyłem. Podał mi filiżankę i sam wziął drugą. Kiedy usiadłem Iggy zaprotestował prychnięciem i zeskoczył na podłogę
   - Jakoś wcześniej nie zauważyłem, że masz kota - oznajmił, gdy zwierzak otarł mu się o kostki.
   - Zazwyczaj tylko śpi na szafie, albo pod łóżkiem Allistora. Widocznie bardzo chciał cię poznać, bo inaczej by nie przyszedł - uśmiechnąłem się kwaśno.
   - Wydaje mi się, że jesteście trochę podobni - uznał, patrząc jak wychodzi. - Albo to ty jesteś jakiś kotowaty.
   - Heheh, ale śmieszne... - zakpiłem. - Lubię koty.
   - Ja też - rzekł. Na dłuższą chwilę zapadła cisza. - Arthur...
   - Hmm..?
   - Gdzie trzymasz resztę swoich zeszytów?
   - Nie powiem - odparłem spokojnie pijąc herbatę i nagle zanosząc się kaszlem.
   -Jak chcesz. Lepiej się połóż, bo jeszcze sobie płuca wykaszlesz. Podać ci coś? - spytał ze zmartwieniem.
   - Nie, wszystko mam. Dzięki za notatki.
   - Nie ma za co - uśmiechnął się, odgarniając włosy za ucho. Powinien je związać, wyglądałby dużo lepiej. Choć i tak nie wyglądał źle. Był całkiem przystojny. No dobra, bardzo przystojny. Wyraźna linia szczęki, dodatkowo podkreślona zarostem i okalającymi ją blond kosmykami, zawsze starannie ułożonymi i wypielęgnowanymi jak u dziewczyny. I te oczy... Wywoływały u mnie dziwne wrażenie, że widzą moją duszę.
   Na Boga, Artur, opanuj się!
   - Jutro przyjdę trochę wcześniej, odwołali nam chemię.
   - Nie jestem pewien, czy będę w domu - zakpiłem.
  - Dobre - zaśmiał się. - Do jutra - i wyszedł. Wyjąłem spod łóżka najnowszy zeszyt zatytułowany XI, ale nie miałem siły pisać. Czułem się bardzo dziwnie. Było mi jakoś tak... lekko... ale jednocześnie ciężko. Minęła chwila, zanim uświadomiłem sobie, że się uśmiecham. Arthur, uspokój się, zachowujesz się jak zakochana trzynastolatka. "Bo jesteś zakochanym osiemnastolatkiem" podpowiedział mi w głowie denerwujący głosik.
   - Cicho siedź - warknąłem do siebie i włączywszy wieżę pilotem ułożyłem się do snu.
   Nie chciałem się do tego przyznać, ale z każdym dniem wyczekiwałem przyjścia Francisa z rosnącą niecierpliwością. Na tablicy nad biurkiem miałem wywieszony plan zajęć, więc łatwo mogłem wyliczyć godzinę, o której przyjdzie. Przez to wyliczanie moje dni stały się bardzo monotonne. Leki, czytanie, inne leki, oglądanie filmików na youtubie, czekanie aż ten idiota wreszcie raczy się pojawić.
   - Spóźniłeś się - powitałem go w piątek drugiego tygodnia.
   - Przepraszam, Artie. Po drodze ze stacji otworzyli nową cukiernię - wyjaśnił podnosząc siatkę.
   - Co to?
   - Cupcakes. Truskawkowe czy brzoskwiniowe?
   - Brzoskwiniowe - odparłem wyciągając rękę.
   - Nie lubisz truskawek? - zdziwił się, obserwując jak zlizuję krem z babeczki.
   - Lubię tak samo jak brzoskwinie - sprostowałem. - Ale wiem, że ty wolisz truskawki - dodałem chyba się czerwieniąc.
   - Dzięki - mruknął i wziął się za swoje ciastko. Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy, jedząc cupcakes.
   - Na biurku masz zeszyty od I do V - powiedziałem. Na jego twarzy malowało się zdziwienie i pewien rodzaj radości. - Ale do poniedziałku masz przeczytać. Chcę je z powrotem - pokiwał głową. - A jak dasz to tym swoim koleżkom, to osobiście cię uduszę.
   - A czym się tak zasłużyłem? - jak zwykle opanowany... Ale po jego oczach wciąż widziałem, że się cieszy.
   - Po prostu uznałem, że mogę ci to dać - wyjaśniłem. - I dzięki za babeczkę. No, ale wiszę ci masę przysług.
   - Ojtam, to nic takiego odpłacisz się przy okazji- stwierdził. - A tak przy okazji, kiedy masz zamiar wrócić do szkoły?
   - Za tydzień powinienem być zdrów - oznajmiłem. Uśmiechnął się smutno. Choć równie dobrze mogło mi się tylko wydawać, że był smutny. - A potem to ci chyba upiekę babeczki - dodałem, doskonale wiedząc, jaka będzie odpowiedź.
   - O, lepiej nie, wolę nie ryzykować. Lepiej, jak je po prostu kupisz.
   - Wal się.
   - Truskawkowe.
   - Nic ci nie kupię - trwałem przy swoim, ale ledwo powstrzymywałem się od śmiechu.
   - Kupisz, kupisz.
   - Nie kupię.
   - Kupisz - rzekł bardzo poważnie, jakby wydawał rozkaz, po czym porwał z łóżka poduszkę i zaczął mnie nią okładać, śmiejąc się jak wariat.
   - Oż ty śmieciu - warknąłem, rzucając w niego mniejszą poduszką. Dwie minuty później leżałem na łóżku w bezruchu, oddychając ciężko.
   - Wygrałem - oświadczył.
   - A chcesz umrzeć? - wydyszałem. - Poza tym, gdybym był zdrowy, miałbyś przerąbane.
   - Ta, na pewno...
   - Założymy się?
   - A chcesz mi wisieć kolejną babeczkę? - odpowiedział pytaniem. Moglibyśmy się tak kłócić w nieskończoność, gdyby nie przerwał nam Iggy, będący jednocześnie przyczyną zmiany tematu na zwierzęta. Tak się rozgadaliśmy, że nie zauważyłem, gdy wybiła dwudziesta.
   - Młody! Koniec randki! Kolacja! - wydarł się Allistor z dołu.
   - To nie randka, kretynie! - odkrzyknąłem chrapliwie, ale natychmiast zacząłem kaszleć.
   - CO?!
   - Arthur mówi 'To nie randka, kretynie' - wyręczył mnie Francis. Z moich ust wydobyło się coś pomiędzy kaszlem, a śmiechem.
   - Sam jesteś kretyn! - zawołał, a ja i Franc po prostu zanosiliśmy się śmiechem z nie do końca znanego nam powodu.
   - Będę się już zbierał.
   - Też lepiej pójdę - stwierdziłem starając się wyjść z łóżka tak, by nie potknąć się o zwisającą pościel. Zeszliśmy na dół. I jak cały dzień byliśmy bardziej wyluzowani niż zwykle, to wtedy atmosfera się nieco zagęściła, zwłaszcza przeze mnie. Stałem w holu w szlafroku, opierając się o ścianę i patrząc jak zakłada idealnie dopasowany płaszcz, zapewne szyty na miarę, a w mojej głowie myśli pędziły jak opętane. Co powiedzieć? Jak go pożegnać? Jak zwykle, z daleka? Czy może jednak podać mu rękę? A może objąć? Na miśka?
   - Zdrowiej, Artie - odezwał się, przerywając moje rozmyślania.
   - A ty się nie rozchoruj - odpowiedziałem nerwowo skubiąc nitkę wystającą z rękawa piżamy. Nieśmiało uniosłem ręce, by go przytulić. Był to nie do końca świadomy ruch, ale zanim zdążyłem go pożałować, objął mnie na krótką chwilę. Jak dla mnie było to siedem, albo osiem uderzeń serca, a te waliło jak oszalałe.
   - Nie mam zamiaru - oznajmił z uśmiechem. - Do poniedziałku.
   - Cześć - mruknąłem i zamknąwszy za nim drzwi poszedłem do kuchni.
   - Woow, jeszcze cię nie widziałem takiego wyszczerzonego - zauważył Allistor.
   - Zjeżdżaj - syknąłem siadając na swoim miejscu, naprzeciwko brata. Może i był wredny, może i mieliśmy różnych ojców, ale jednak był moim bratem i zrobiłbym dla niego niemal wszystko. Wiedziałem również, że on czuł tak samo, ale po prostu żaden z nas tego nie okazywał. Jednakże lata praktyki nauczyły nas czytać między wierszami.
   - Co takiego zrobił? Wyznał ci miłość? - spytał ironicznie.
   - Haha, na mózg ci padło? - odpowiedziałem. Zrobiło mi się jakoś smutno... Jakby ktoś dał mi kosza przez sms'a.
   - Chodź, chodź... Wypłacz się, ramię czeka - zakpił klepiąc się po barku.
   - Spadaj - westchnąłem biorąc się za jedzenie. Nie było specjalnie smaczne, sam z reszta nie gotowałem lepiej. Powiedziałbym, że wręcz gorzej. Tak tragicznie, że miałem zakaz robienia czegokolwiek, co wymagało obróbki termicznej. Jednak los zgotował mi sprawdzian.
   W poniedziałek, gdy się obudziłem, zamiast Allistora znalazłem kartkę z informacją, że wyjeżdża, wraca we wtorek wieczorem. Pięknie. Po prostu cudownie. Na połowie paczki płatków, czterech jajkach, odrobinie mąki, jednej zupce chińskiej i kilku innych rzeczach ukrytych w szafkach i lodówce nie przeżyję. Istniała jeszcze nadzieja pod postacią Francisa, ale nadzieja przyjeżdżała dopiero po piętnastej.
   - Jasna cholera! - krzyknąłem, wywalając do śmieci kolejnego naleśnika. Jakim cudem wszystkie spaliłem? Rozległ się dzwonek do drzwi. Na szczęście...
   - Cześć, Franc - powiedziałem otworzywszy drzwi. Powitał mnie flirciarski uśmieszek i figlarny błysk w oku. Na epitety mi się kurna zebrało.
   - Bonjour, mon ami. Coś się pali? - spoważniał, gdy tylko wszedł.
   - Naleśniki - przyznałem.
   - Mon Dieu! Jak nie umiesz gotować, to nie dotykaj kuchenki - poradził. Jakbym miał wybór... - Gdzie Allistor? Przecież to on zazwyczaj gotuje.
   - W Szkocji- westchnąłem prowadząc go do kuchni. - Wraca jutro wieczorem.
   - Jeśli zawsze tak gotujesz, to będziesz martwy zanim wróci. Najprawdopodobniej z powodu zatrucia - zauważyłem, że trochę go to bawi.
   - Chyba że znajdę kogoś, kto umie gotować.
   - Masz szczęście, że tu jestem - uśmiechnął się klepiąc mnie po ramieniu, po czym podszedł do ciasta. Spojrzał, powąchał, pomieszał, dwa razy pacnął chochlą i... wywalił do śmieci.
   - Ejj...
   - Chodź, nauczę cię.
   - Nie nadaję się do kuchni...
   - To zauważyłem. Ale muszę cię nauczyć jak zrobić choćby jajecznicę, bo co byś zrobił, gdyby mnie nie było...
   - Żyłbym na owocach - wskazałem na misę na stole.
   - Owoce, to można jeść z naleśnikami. A raczej naleśniki z owocami - stwierdził, przeszukując lodówkę. - To ile masz tych jaj?
   - Dwa.
   - Na jajecznicę za mało... Dobra, spróbujemy z naleśnikami. Gdzie trzymasz mąkę?
   Po kilku próbach Francis powiedział, że nie ma pojęcia, jakim cudem wciąż je przypalam, skoro ciasto jest w porządku, a on mnie pilnuje. W końcu zrobił je sam, a ja w tym czasie uprzątnąłem blat z niewykorzystanych składników.
   - I jak? - spytał, jakby bardzo mu na moim zdaniu zależało.
   - Znośne - skłamałem. "Znośne" było niemalże obelgą. Znośny to może być budyń z torebki. Naleśniki były świetne, ale widocznie "znośne" mu wystarczały, bo się uśmiechnął. Jednak zaraz wyszła na jaw kolejna przyczyna jego wesołości.
   - Masz tu dżem - zwrócił mi uwagę.
   - Już? - spytałem oblizawszy się.
   - Oj, Artie - westchnął wyciągając rękę, by wytrzeć mi dżem z ust. Nie do końca wiem dlaczego, ale serce niemalże mi stanęło.
   - Sam mogłem to zrobić - żachnąłem się, wracając do normalności.
   - Nie wątpię - zakpił. Zmroziłem go wzrokiem, ale zaraz sobie o czymś przypomniałem.
   - Masz moje zeszyty?
   - Tak. Zapomniałbym.
   - Nie wątpię - odparłem przyglądając się, jak wyciąga z torby pięć notesów i kładzie je na stole.
   - Masz tego więcej? - zaciekawił się, całkiem ignorując moją poprzednią wypowiedź.
   - Na górze. Kolejne pięć.
   - Mógłbym? Strasznie mnie wciągnęło. Skończyłem już w sobotę po południu.
   - Serio? - zdziwiłem się. Nie sądziłem, że komuś może się to spodobać.
   - Oui! Wiesz, tak się zastanawiałem, czy Dennis to przypadkiem nie ty, póki nie zrobiłeś z niego geja - zaśmiał się.
   - Dennis? Nie, to Lukas. Bondevik - dodałem, widząc jego zdziwioną minę. - Z gimnazjum. Nie mów, że nie pamiętasz, jak ci wlał? - spytałem, schodząc z tematu mojej postaci.
   - A, Luk! No tak... - przypomniał sobie. - Nadal jest z Mathiasem?
   - Chyba tak... - mruknąłem tracąc udawany już entuzjazm. Jego słowa dotyczące Dennisa trochę zabolały, ale przecież nie mógł tego wiedzieć.
   - A umieściłeś tam siebie? Słyszałem, że autorzy często wzorują się na znajomych, a nawet na sobie.
   - Dopiero niedawno - skłamałem zbierając talerze i wstawiając je do zlewu. Sam pewnie i tak nie odkryje prawdy, więc ta drobna ściema ujdzie mi na sucho. Postać wzorowana na mnie zachowywał się inaczej niż ja, a przynajmniej ten "ja", którego znał. Leo był raczej nieśmiały, trzymał się na uboczu, wszystko obserwując. Nie był ani główną, ani nawet drugoplanową postacią, ale pojawiał się w ważnych momentach. Można go nazwać opiekunem akcji. Takim "Game Master". Nie wiem, czy ktoś mógłby go polubić. Ludzie nie lubią neutralnych postaci, bo wydają się być dwulicowe. Zdecydowanie wolą, gdy jasno widać, czy ktoś jest "dobry" albo "zły".
   - Aha... - westchnął i ruszył za mną na górę.
   - Co ci się podobało najbardziej, jak na razie? - zaciekawiłem się.
   - Postaci. Są różnorodne. I raczej szare, jeśli wiesz, o co mi chodzi. Nie lubię, jak bohaterowie są biali, albo czarni. Najlepsza jest właśnie taka skala szarości jak u ciebie. A jak kolor zmienia się po drodze, to po prostu postaci idealne - oznajmił.
   - Dzięki. To w takim razie kto podobał ci się najbardziej? - dopytywałem się, włączywszy pilotem wieżę. Razem siedliśmy na łóżku.
   - Leo - nie mogłem powstrzymać się przed powiedzeniem "Hę?" - Na niego też byś się nadawał, gdybyś nie był tak wybuchowy - uśmiechnął się  siadając obok mnie. Moje niedowierzanie przekroczyło wszelkie granice.
   - Może odrobinę - powiedziałem, starając się zachować spokój. - Tam masz ciąg dalszy - dodałem wskazując na biurko. Sięgnąłem pod łóżko po laptopa i włączywszy go, obserwowałem Francisa. Usiadł z powrotem przy mnie i otworzył pierwszy z wierzchu notes.
   - O co chodzi?
   - O nic, zamyśliłem się - odparłem zwracając się w stronę komputera. Siedzieliśmy bez słowa przez długi czas, sam nie wiem ile. Jeszcze tydzień wcześniej coś takiego szybko zmieniłoby się w niezręczną ciszę, ale teraz tak nie było. Zaczęliśmy rozmawiać, gdy tylko Franc skończył czytać. Najpierw podzielił się ze mną uwagami na temat powieści, a później razem oglądaliśmy filmy na youtubie, śmiejąc się, przypominając sobie różne rzeczy, opowiadając historie z dzieciństwa. Przerwał nam telefon.
   - Oui? - odebrał. - Nie, u kolegi. Arthura. Tak, tego Arthura. Już... Au revoir.
   - O co chodzi?
   - Spójrz na zegarek - polecił. 21:47 Dość późno, jakby nie patrzeć.
   - Nieźle się zagadaliśmy.
   - Bywa... - stwierdził. - Nie musisz odprowadzać mnie na dół.
   - Muszę zamknąć drzwi na klucz - wiem, to marna wymówka, ale chciałem się z nim porządnie pożegnać.
   - Masz jutro sam nie gotować, rozumiemy się? - powiedział, stojąc już ubrany przy drzwiach.
   - Tak, wiem - odparłem. Zastanawiałem się, czy byłoby na miejscu go teraz przytulić, ale odpowiedź przyszła sama. Ramiona Francisa objęły mnie w pasie, przyciągając do siebie. Splotłem dłonie na jego karku. Ten uścisk był dłuższy i bardziej... czuły, niż ten piątkowy. Bardzo nie chciałem go puszczać, ale nie byłbym sobą, gdybym to przyznał.
   - Do jutra.
   - Cześć - pożegnałem się i zamknąwszy za nim drzwi przykucnąłem na podłodze, chowając twarz w dłoniach. Na Boga, co ja sobie myślę? Że chłopak, z którym mieliśmy się za wrogów od jedenastu, prawie dwunastu lat, zakocha się we mnie, tylko dlatego, że nie potrafię przestać o nim myśleć?
   - Jesteś żałosny, Arthurze - westchnąłem i poszedłem spać. Zasnąłem niemal od razu.
Niniejszym otwieram kolejną serię fanficów, tym razem AU. Będą to luźno powiązane ff z moimi OTP z członkami BTT w roli głównej, ale niekoniecznie z punktu widzenia samego BTT. 

Seria "Wszystko przez te..." zawiera:
FrUK: I: to tu
         II: fav.me/d6j2ynk
PrusPol: I: fav.me/d73e4br
             II: fav.me/d73ht2d
Spamano: skończone, ale jeszcze trochę Was przetrzymam, a co! Wredna jestem.

Nie powinno też być błędów, bo sprawdzałam to dość niedawno, jednak nie jestem pewna, bo robiłam porządek i mogłam wywalić przez przypadek tą poprawioną wersję.
Add a Comment:
 
:iconthenordics:
TheNordics Featured By Owner Aug 24, 2013
Tak długo zwlekała, a teraz żałuję. To jest po prostu super, jak ja FrUk uwielbiam, po prostu Awww. Już się za kolejną część biorę^^
Reply
:iconaka-kuro-ame:
aka-kuro-ame Featured By Owner Aug 24, 2013  Hobbyist Writer
Takk Du :3
Reply
:iconhonnihonami:
Honnihonami Featured By Owner Aug 16, 2013
 to uczucie kiedy tak zacne dzieło zawiera twoje nOTP D8
To jest niesprawiedliwe D: Nawet nie mogę sobie w spokoju pohejcić FrUK-a D8
Reply
:iconaka-kuro-ame:
aka-kuro-ame Featured By Owner Aug 17, 2013  Hobbyist Writer
Witaj Imienniczko. (tak, też jestem Honoratą i też mówią na mnie Honi)
Kiedyś też hejciłam FrUKa, ale potem się przekonałam i tak właśnie to coś powstało. W sumie nie pasowałoby do żadnego innego pairingu, przynajmniej tak mi się wydaje. I bardzo się cieszę, że twierdzisz, że zacne. Mam nadzieję, że kolejną część też przeczytasz *próbuje zfruczyć* :3
Reply
:iconhonnihonami:
Honnihonami Featured By Owner Aug 19, 2013
Uuuu :D *przybija pjonę imiennicze)

Chyba nie mam innego wyboru, skoro był tak świetny |D
Ja hejciłam, hejcę i raczej będę hejcić... Jestem zwolenniczką ukusa (nie, nie usuka, usuka nie lubię) i jak na razie chyba się to nie zmieni xD
Reply
:iconaka-kuro-ame:
aka-kuro-ame Featured By Owner Aug 19, 2013  Hobbyist Writer
*piona*
Też tak myślałam. A potem wystarczył jeden fic. (Jeśli lubisz ficki historyczne, to moglabyś przeczytać jeszcze "Dunkierkę" mojego autorstwa. FrUKa tam jak na lekarstwo, a podobno niezły.)
((W sumie też wolałam UKUSa))
Reply
:iconbusyrossi:
BusyRossi Featured By Owner Aug 16, 2013  Hobbyist General Artist
Cudny *-*
Reply
:iconaka-kuro-ame:
aka-kuro-ame Featured By Owner Aug 16, 2013  Hobbyist Writer
Dziękuję :3
Reply
:iconkirklara:
KIRKlara Featured By Owner Aug 14, 2013  Hobbyist Writer
W KOŃCU !!!!!!
Reply
:iconmuffinekjagodowy:
MUFFINEKJAGODOWY Featured By Owner Aug 14, 2013
Ten fanfik jest cudowny, epicki, przezajebisty. You made my day. Czytałam z uśmiechem na ustach, masz świetne opisy, świetnie oddajesz uczucia. Jak zawsze. I nie mogę się doczekać kolejnych części.
Reply
Add a Comment: